Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 192 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Lubię to

...

niedziela, 24 stycznia 2010 16:27



Gdybym mogła od nowa wychowywać swoje dziecko, zbudowałbym najpierw jego wiarę w siebie, by dopiero potem zbudować nasz dom.
Częściej malowałabym z nim, niż groziła mu, gdyby coś zmalowało, a zamiast ustawicznie pouczać, uczyłabym je nie ustawać.
Nie troszczyłabym się tak o jego spóźnienia, lecz starała się nie spóźniać z okazaniem mu troski.
Nie dbałabym też o to, by zawsze wiedzieć lepiej, lecz lepiej wiedziała, kiedy o nie zadbać.
Wybralibyśmy się na więcej wspólnych wypraw i wyprawili z wiatrem więcej latawców.
Przestałabym bawić się w ważniaka i traktowała zabawę z nim poważnie.
Przebieglibyśmy więcej pól i częściej spoglądali w gwiazdy.
Nie gromiłabym go bezwzględnym spojrzeniem lecz tuliła bez względu na wszystko.
W żołędziach starałabym się widzieć dęby.
Mniej byłabym dla niego twarda, by bardziej móc je utwierdzać.
I tak, zamiast wykształcić w nim miłość do potęgi, przekonałabym je o potędze miłości.

Diane Loomans
w: "Balsam dla duszy"

 Po przeczytaniu "Białego oleandra" Janet Fitch, byłam ciekawa wersji filmowej...
http://www.youtube.com/watch?v=3GbhsFTfINo&feature=PlayList&p=43355941D586B3F1&index=7

 Po jego obejrzeniu, przypomniały mi się jeszcze dwa dzieła( tym razem polskie) z Jandą w roli głównej, które oglądałam kilka lat temu:
"Kochankowie mojej mamy":

http://www.youtube.com/watch?v=vCj-av_oqwU&feature=related

oraz "Matka swojej matki":

http://www.youtube.com/watch?v=BnP8WZSfA1A&feature=related


Co do tych dwóch ostatnich pozycji - to teraz odwrotnie - dopiero próbuję dotrzeć do wersji książkowej. 
 Jestem na etapie pisania pracy z psychologii dotyczącej zachowań ludzi dotkniętych syndromem DDD. Myślę, że materiałów nagromadzonych przez lata mam tyle, że mogłabym książkę napisać.
 Tylko po co?
Chyba wszystko już zostało powiedziane - tyle książek napisano na ten temat; tyle sztuk, tyle filmów nakręcono...
i każdy wie, w jak ogromnym stopniu, może zostać obciążone dziecko, na lata, a czasem dożywotnio, w wypadku, gdy zmuszone jest dorosnąć szybciej niż jego rodzice i gdy to on, aby przeżyć, musi stać się odpowiedzialną głową rodziny...
 Każdy wie, ale
czy to coś zmienia?


  /zdjęcie z Internetu, pojęcia nie mam z jakiej strony - kadr z filmu "Kochankowie..."/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Muszę to powiedzieć kolejny raz - zakochałam się! Synteza sztuk, czyli Cyrk Słońca.

środa, 13 stycznia 2010 23:46

Od dzieciństwa nienawidziłam cyrku.
 Za to moja mama go uwielbia, więc  gdy tylko cyrkowcy przybywali do naszego miasteczka, natychmiast biegła zaopatrzyć się w bilety dla nas na kilka przedstawień z rzędu a potem podekscytowana ciągnęła mnie, kilkuletnie wówczas dziecko do okrągłego namiotu, które dla mnie było wielką groźną klatką, z której bardzo ciężko jest się wydostać...
 Wiem, że teraz może to się wydawać zabawne, ale naprawdę jeszcze do niedawna "cyrk" był synonimem : tłumu ludzi, który łatwo mógł cię zadeptać, spoconych ciał podskakujących gdzieś pod sufitem gotowych w każdej chwili rzucić się w publiczność, męczonych tresowanych zwierząt - poganianych batem białych koni, ubranych w czerwone sweterki małpek, a przede wszystkim ogromnych słoni stających na dwóch łapach w zamian za mieszczące się w dłoni tresera - marne okruchy czegoś do jedzenia (i chociaż nie należę do tych osób, które mają "kota na punkcie kota" ;-) ,psa, czy w ogóle zwierząt , to widok tych umęczonych słoni i  słoniątek oraz wyobrażenie ich nędznego losu prześladuje mnie do dziś...)
  Do tego zapach przypalonego popcornu, dziwacznie ustawione pseudoławeczki z których bardzo łatwo można było ześlizgnąć się... pod pseudoławeczkę, wielki namiot, który w każdej chwili mógł się zawalić i ... wulgarni ochroniarze przy wejściu (nie chodzi o generalizowanie, nie uważam wszystkich mężczyzn pracujących w ochronie za "prymitywnych mięśniaków", w żadnym wypadku - nie!, ale zachowanie tamtych - naprawdę mnie przerażało...
  Na szczęście, gdy skończyłam 9 lat, odważyłam się wreszcie przyznać, że wcale mi się ten cały cyrk nie podoba i nie pójdę tam nigdy więcej! Mama pojąć tego do tej pory nie może, ale zaakceptować musiała ;-)
 Teraz chodzi tam z wnukami, a ja stoję z boku gotowa, w razie czego pomóc im wyplątać się z tych wycieczek z babcią, gdy tylko zajdzie potrzeba, bo wiem, co może dziać się w głowie i sercu kilkulatka... Ale póki co, widzę, że im się to podoba, więc może tylko ja taka dziwna byłam, jako dziecko ;-)

 A życie nas czasem zaskakuje, bo choć wprawdzie nadal nie lubię tradycyjnego cyrku, to pojęłam, że ze wszystkiego można uczynić Sztukę przez wielkie "Sz".
 Ta perła, którą przez przypadek odkryłam, jedynie z nazwy przypomina "cyrk" w pierwotnym znaczeniu - tak naprawdę jest to genialny groteskowy spektakl z elementami barokowego teatru, baletu i opery.

http://www.youtube.com/watch?v=smkiSJf2cHE

 Cirque du Soleil.  Tutaj liczy się coś więcej niż tylko adrenalina; niż tylko umiejętność chodzenia po szkle i leżenia na gwoździach. Tutaj chodzi o inne doznania i inne wzruszenia. Tu nie ma cyrkowców, tutaj udział biorą Artyści...
 
Zakochałam się.
Cirque du Soleil  - siedzieć na widowni choć raz w zyciu - dodaję do listy życiowych celów - marzeń.

Tymczasem - marzenie łatwiejsze do zrealizowania...



Zdobyć ten film i oglądać go każdej nocy!

 :-)





                                                                                               


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Filmowo...

sobota, 02 stycznia 2010 21:11

 Postanowiłm sobie wreszcie ułatwić życie , jeśli chodzi o ulubione filmy. I tutaj również lista, z tym wyjątkiem, że nie są to tylko filmy obejrzane w roku 2009, lecz obejrzane po kilka (bądź kilkanaście ) razy w ogóle :-)
  Trochę mi zajęło sporządzenie tego "sprawozdania z wycieczki" ;-), ale warto było, bo teraz już nie będę musiała się męczyć z przypominaniem sobie danego tytułu :-)
  Kolejność przypadkowa,( a co za tym idzie nie są one usystematyzowane tematycznie ), co jednak nie zmienia faktu, że wszystkie "dzieła" z tej magicznej listy, szczerze polecam! (choć zdaję sobie sprawę, że co człowiek, to inny gust :-) )



1. Podwójne życie Weroniki
2. Trzy kolory. Biały.
3.                      Niebieski.
4.                      Czerwony.
5. A. I. Sztuczna inteligencja.
5. Jabłka Adama
6. Amelia
7. W pogoni za szczęściem.
8.  Miasto aniołów.
9. Uwierz w ducha.
10. Dirty Dancing.
11. Eksperyment.
12. Chopin. Pragnienie miłości.
13. Bóg jest wielki, a ja malutka.
14. Smażone zielone pomidory.
15. Lot nad kukułczym gniazdem.
16. Życie Davida Gale'a.
17. Erin Brockovich
18. Rozmowy nocą.
19. Jasminum.
20. Masz na imię Justine.
21. Jak żyć?
22. Ogród Luizy.
23. Godziny.
24. Kto nigdy nie żył.
25. Pora umierać.
26. Samotność w sieci.
27. Duma i uprzedzenie.
28. Zielona mila.
29. Pokój z widokiem.
30. Pamiętnik.
31. Europa, Europa.
32. Przebudzenie.
33. Szkoła uczuć.
34. Życie jest piękne.
35. Stowarzyszenie Umarłych Poetów.
36. Barfuss.
37. Jasne Błękitne Okna.
38. Parę Osób, Mały Czas.
39. Jack.
40. Familyman.
41. Fortepian.
42. Wiosna, lato, jesień, zima i... wiosna.
43. Pręgi.
44. Marlene.
45. Klucze od domu.
46. Prawie jak w niebie.
47. Masz wiadomość.
48. Małe kobietki.
50.A gdy wspomnisz o mnie...
51. Porozmawiaj z nią.
52. Jak to jest być moją matką.
53.23 gramy.
54. Pokuta.
55.Czekolada.
56. Anioł w Krakowie.
57.Zakochany anioł.
58.Joe Black.
59.Niezwykły przypadek Benjamina Buttona
60.Forrest Gump
61.Co gryzie Gilberta Grape'a?
62.Stalowe Magnolie
63.Misery
64.Piękny umysł
65.Szósty zmysł
66.Uśmiech Mony Lizy
67.Młodzi gniewni.
68.Podaj dalej.
69.Dom dusz.
70.Karol, człowiek...
71.Co się zdarzyło w Madison County...
72.Dzień Świra
73.Kiedy mężczyzna kocha kobietę...
74.Dom dusz
75.Bajki babci Grace.
76.Ono.
77.Ojciec panny młodej
78.Warszawa.
79.Wywiad z wampirem.
80.Zmierzch.
81.Dogville.
82.Totalna magia.
83.Żony ze Stepford.
84.Casablanca.
85.Dziecko Rosemary
86.K-PAX
87.Mary Poppins :-)
88.Tacy byliśmy
89.Tramwaj zwany pożądaniem.
90.Goryle we mgle
91.Bezsenność w Seattle
92.Piękny umysł
93.Szósty zmysł
94.Złap mnie, jeśli potrafisz
95.Ojciec Chrzestny
96.James Bond (wszystkie części)
97.Czarownice z Eastwick
98.Absolwent
99.Shrek (może mam prymitywne poczucie humoru, ale mnie to śmieszy) :D
100.Rodzina Addamsów (wszystkie części) - czarny humor też czasami lubię :D
101.Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya


102. No i oczywiście, (właściwie od tego powinnam była zacząć wyliczanie) - mój ulubiony serial : siedem sezonów, czyli  153 odcinki GILMORE GIRLS,(tytuł w tak nieszczęsny sposób przetłumaczony w polskiej telewizji - "Kochane kłopoty")

 i na zakończenie kilka moich ulubionych fragmentów z tego filmu:


 http://www.youtube.com/watch?v=DFAL9DZITCQ&feature=related
 http://www.youtube.com/watch?v=rP8ysiZGNL4&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=BU5LUrKetpM

  http://www.youtube.com/watch?v=9td2zSPekLk&feature=related

  http://www.youtube.com/watch?v=VDCCibrBoGY&feature=related
  http://www.youtube.com/watch?v=E6CO16IoUC4&feature=related


  
 i wiele innych...
Właściwie to wszystkie są ulubione! :D


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

"Chemia", czyli o Nadziei słów kilka...

czwartek, 05 marca 2009 20:18

/Pamięci Zbyszka.../

 

 

 

 

 

"To film o życiu, bo życie wydaje się bezcenne z tamtej perspektywy - mówi Paweł Łoziński, twórca filmu "Chemia", jednego z najwybitniejszych dokumentów ostatnich lat.

Chemia - groźne słowo, kojarzące się z kuracją antyrakową, w tytule Pawła Łozińskiego nabiera dodatkowego znaczenia. Kojarzy się z tym, co nazywamy "chemią międzyludzką" - bliskością, solidarnością, porozumieniem. Film powstał w szczególnym momencie życia reżysera: w klinice onkologicznej na warszawskim Ursynowie pobierała chemię - z dobrym skutkiem - jego mama. Ja również oglądam ten dokument w momencie szczególnym: chemię bierze nasz bliski przyjaciel. Jesteśmy wtajemniczeni. Ilu widzów tego filmu będzie mogło tak o sobie powiedzieć? Myślę, że bardzo wielu. "

Siedziałam do późna w nocy, czekając specjalnie na ten niezwykły dokument. (skończył się przed 2.00 - dlaczego tak wartościowe rzeczy emitowane są w telewizji po północy??!)

Łoziński poruszył jeden z najtrudniejszych tematów i przedstawił go w zaskakująco prawdziwy, a jednocześnie delikatny sposób. Program zupełnie nie przypomina taniego, tak popularnego ostatnio "reality show" - gdzie łzy leją się strumieniami i gdzie zazwyczaj ukazuje się wyłącznie jakiś cień prawdy - ten, który najbardziej odpowiada reżyserowi; gdzie gra się na ludzkich emocjach...

  "Nie ma w tym filmie epatowania szpitalem, fizjologią. Chorzy biorą swoje porcje chemii, ale nie widać kroplówek, przez które płynie kolorowy płyn, zabijający komórki rakowe. Oglądamy ich twarze w zbliżeniu. Leżą parami. Rozmawiają. Słuchamy ich z tak bliska, jakbyśmy siedzieli im na łóżku. Doświadczamy przy tym niezwykłego uroku tych ludzi. Dlaczego właśnie od cierpiących czerpie się tyle nadziei? "
  Galeria niezapomnianych twarzy, rozmowy o nadziewanej kapuście, o dziecku, które ma się narodzić, o tym, w czym prać perukę, żeby zachowała swój ładny kształt, o garniturze ślubnym, o przemijaniu, o życiu, o tym, że czasem brak sił, znów o jedzeniu, o wakacjach, o studiach, o tym, że się chce płakać, o swoich uczniach, o swoich klientach z warzywniaka, o tym, że boli, o cierpliwości męża, o kolegach ze szkoły, o tym, że maj, o tym, co jutro, o ulubionych kwiatach, o rodzaju chemii, o tym, że za gorąco na kapelusz...    A wszystko bez komentarzy narratorskich, bez przedstawiania twarzy pielęgniarek i lekarzy, bez ukazywania wyposażenia oddziału, bez historii chorób. Bez. Zupełnie BEZ.  Zrezygnowano z całej otoczki, aby przypomnieć, KTO w tej całej sytuacji jest najważniejszy. Człowiek. Ten film to właśnie obraz Człowieka. Chorego, ale wciąż mającego ochotę na gołąbki, Człowieka. Człowieka, który lubi pożartować, ale czasem musi się też rozpłakać. Człowieka, który czuje się młody, bo "włosy dopiero zaczynają mu rosnąć", ale który czasem ma dosyć bólu i strachu i musi o tym komuś powiedzieć. Człowieka, który ma prawo denerwować się, gdy udajemy, że wszystko jest dobrze i nie chcemy słyszeć tego, co On do nas mówi. Człowieka, który ma apetyt na życie.     "Trafiłem do Instytutu Onkologii z moją mamą dwa lata temu, na wiosnę 2007. Nowicjusz, nie miałem przedtem nikogo bliskiego chorego na raka. Zobaczyłem tłum samotnych, zagubionych ludzi. Wchodzisz, jest szatnia, do której czeka w kolejce z 30 osób. Potem rejestracja, korytarze z setkami osób, bardzo chorych, czekających godzinami, aż lekarz przyjmie ich na 3 minuty, bo tyle ma czasu. Potem pacjenci idą na oddział, kładą się na łóżkach, pielęgniarki przynoszą kolejne butle z chemią. Zwyczajność, banał. Zacząłem słuchać o czym mówią, poczułem jaką siłę mają te rozmowy.

Ci, którzy ich tam przyprowadzają i siedzą z nimi, nie wiedzą, jak mają się zachować. Bo w rozmowach z chorymi nie ma tematów bezpiecznych: o czymkolwiek się powie - o wnukach, o pracy, o wakacjach - nasuwa myśl że mogą tego nie doczekać. I zaczyna się gra - "wcale nie schudłeś", "pojedziemy w tym roku nad morze". Najgłębsze rozmowy są między samymi chorymi - oni nie muszą przed sobą udawać. Czasem to oni biorą na siebie ciężar milczenia - ukrywają swoją chorobę przed rodzinami, żeby ich nie martwić. Ten film jest o tym, jak ciężko rozmawiać i zarazem o wielkiej potrzebie takiej rozmowy. "

 

 

 Pamięci Zbyszka, który rozśmieszał mnie do łez i choć miał 53 lata, umysł i duszę dziecka. Poznałam go, gdy już nie mógł siadać, więc wszystkie czynności, takie, jak karmienie, gimnastyka i czytanie książek staralismy się robić na leżąco. Oboje nabraliśmy takiej wprawy, że naprawdę nieźle nam to wychodziło... Zbyszek od wielu lat niezmiennie uwielbiał kolorowanki; co tydzień zamawiał sobie jakąś określoną tematycznie :-)

 A jak nam się już znudziło kolorowanie to Zbyszek mówił, mówił, mówił, prawie nigdy nie dając mi dojść do słowa :-) O wszystkim. Zmieniał tematy z prędkością światła, czym powodował u mnie częste ataki śmiechu, co z kolei prowokowało go do jeszcze intensywniejszej "paplaniny" :-)

 Zbyszek, dla którego przeżycie każdego kolejnego dnia, było cudem, uczył mnie radości życia. Radości z codzienności.

Ze Zbyszkiem pożegnałam się prawie dwa lata temu, ale jego ciepłe spojrzenie zapamiętam do końca życia.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Jak to jest być moją matką, czyli niepełnosprawna miłość.

czwartek, 05 marca 2009 18:57

 "- To opowiedz nam trochę o tej swojej mamie...

 - Za dużo się śmieje, a za mało płacze.

 - Moja dziewczynka!"

 

/fragment filmowego dialogu/

 

 

 

 Film powstał w ramach programu "30 minut". Parę miesięcy temu, obejrzałam go po raz pierwszy na TVPKultura i wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Od tego czasu próbowałam go zdobyć do swojej domowej płytoteki, co okazało się, wcale nie takie łatwe, ponieważ praktycznie nikt z kim rozmawiałam, o tym filmie nie słyszał. Wreszcie, ku mojej radości, dowiedziałam się, że można go obejrzeć TU (klik) .

  Chyba nie potrafię obiektywnie na niego spojrzeć, bo od kiedy tylko pamiętam, interesowała mnie relacja: matka - córka. Wciąż to rozgryzam, przerabiam i pojąć próbuję...

 W szkole podstawowej miałam dobrą przyjaciółkę - Marzenę.

Marzena była rok młodsza ode mnie, ale chodziłyśmy do jednej do klasy przez osiem lat. Znałyśmy się właściwie od czasów przedszkolnych. Marzena, choć młodsza od pozostałych dzieci, zawsze stawała w obronie "średniaków", gdy "starszaki" dokuczały. Lubiła się śmiać, hustać "do podbitki" w przedszkolnym ogrodzie i przytulać do każdego. Gdy byłyśmy w piątej klasie podstawówki Marzena wyciągnęła mnie na szkolną dyskotekę i chyba od tego momentu zrodziła się nasza przyjaźń. Spotykałyśmy się najczęściej u mnie - lubiłyśmy "rządzić w kuchni", słuchać Kellys'ów i nałogowo oglądać "Jezioro marzeń" w każdą sobotę. Później do tych seansów doszły jeszcze "Kochane kłopoty" (zresztą miłość do tego filmu pozostała mi do dziś ;-) )

 Moja przyjaciółka Marzena była bardzo kochliwa... kochała wszystkich chłopców ;-) - ja właściwie przez większość czasu "podstawówkowego" darzyłam szczenięcym uczuciem jej starszego brata, więc tematów do rozmów nigdy nam nie brakowało.

 Marzena wiecznie była niezadowolona ze swojego wyglądu i stale się odchudzała. Na rower, łyżworolki, czy basen, oczywiście dawałam się jej porywać, dla towarzystwa, ale już ta jej siłownia i weekendowy jogging o 7.00 rano nie był dla mnie! I nawet w imię przyjaźni nie byłam w stanie tego zrobić ;-) Mimo wszystko ta nasza znajomość przetrwała do dzisiaj, choć mieszkamy w innych częściach Polski.

 Marzena się zmieniła, stała się jakaś taka... bardziej ironiczna, obojętna. (Czy ja się zmieniłam, nie wiem, nie czuję tego,  w każdym razie...)

 Bardzo ją lubię nadal. Wiem, że mimo, iż nie jest już dzieckiem, to wciąż zżera ją ta choroba. Choroba nienawiści do własnej matki.

 Mama Marzeny choruje na SM. Po urodzeniu dziecka (Marzeny właśnie) objawy tego schorzenia nasiliły się do tego stopnia, że Pani O. nie mogła już samodzielnie chodzić. Nie chciała wychodzić z domu, wstydziła się inwalidzkiego wózka. Stała się cyniczna i niesprawiedliwa... Wykrzykiwała do Marzeny, że... "to wszystko jej wina!", miała pretensje o jakieś absurdalne rzeczy i sprawy... Nie lubiłam do nich chodzić, wolałam gdy Marzena przychodziła do mnie... Zresztą Ona sama także "uciekała" z domu, kiedy tylko mogła... Przez te lata kilka razy przybiegła z płaczem, ale najczęściej, gdy o tej sytuacji rozmawiałysmy, jej ton głosu  był taki spokojny... beznamiętny. Jakby, to co mówi, dotykało zupełnie kogoś innego, a nie ją samą...

  Teraz czasem rozmawiamy przez telefon, Marzena stara się układać sobie normalne, szczęsliwe życie, ze swoim partnerem, daleko od domu rodzinnego, ale ona sama wciąż jeszcze jest strasznie pokancerowana, pogubiona, dlatego budowanie związku staje się tym trudniejsze...

 Mimo wszystko, wierzę, że Marzenie się to uda. Zasługuje na to, jak mało kto.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jak żyć?

czwartek, 05 marca 2009 18:55

 Ona i On. Ewa i ... nie, nie Adam. Ewa i Kuba. Poznają się na imprezie. I tak się wszystko zaczyna... "I jest od razu jakoś tak normalnie, bez randkowania i obrażania się."  Po dwóch miesiącach postanawiają ze sobą zamieszkać. Są ze sobą i dla siebie, i przez siebie... Urządzają mieszkanie, pracują, rozmawiają, czasem milczą, często się śmieją...

 Po roku szczęśliwego wspólnego  życia okazuje się, jak wielką niespodziankę przygotował dla nich los - Ewa spodziewa się dziecka. Cieszą się, jednak Kuba po chwili zdaje sobie sprawę, że on sam jest jeszcze dzieckiem i nie ma pojęcia, co to znaczy być ojcem - od piątego roku życia wychowywany był wyłącznie przez matkę. Przejęty rolą postanawia znaleźć odpowiedź na pytanie: "jak teraz żyć?"...  Szuka recepty na dobre życie. Gotowej. Uniwersalnej. Pyta męskich autorytetów z dzieciństwa - swoich wujków. Okazuje się, że wszyscy oni mają dla bratanka 'złote rady' - Kuba bez zastanowienia i chwili wahania zaczyna się do nich dostosowywać. Problem w tym, że paradoksalnie - zmiany, które miały przynieść szczęśliwe życie rodzinne, powodują, że przyszli rodzice - coraz bardziej się od siebie oddalają. Na szczęście, w porę , młody tata po miesiącach ślepego postępowania według rad ''mądrzejszych od niego'', uświadamia sobie, że na życie to... każdy z nas musi sobie wypracować własny sposób. A swojego syna wita na świecie słowami: "Cześć Maluchu, to ja Twój tata... Może teraz Ty mi powiesz, jak żyć...(klik)"

 I na zakończenie niezwykła, pouczająca scena z latawcem...

 

 

 To nie jest komedia romantyczna, to nie jest typowy film psychologiczny. Bez, moim zdaniem, zbędnego patosu, ale i nazbyt ''landrynkowej'' rzeczywistości - lekko (mimo wszystko) opowiedziana historia dwojga młodych, najzwyczajniejszych w świecie, młodych ludzi.

 Film o miłości i nie tylko... Momentami wzruszający, momentami zabawny. Bez wymuszania na widzu czegokolwiek.

 Szczerze polecam!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Inspiracje...

czwartek, 05 marca 2009 18:54
Muzyka...

    jest mową duszy, stenografią uczuć;

       jest większym odkryciem, niż cała mądrość i filozofia; żadna dziedzina sztuki nie porusza ani nie wpływa na podświadomość tak, jak muzyka. To koniec i początek wszelkiej mowy.

 Oni wszyscy mają rację. Zakochałam się.

   

   Muzyka powinna zapalać płomień w sercu mężczyzny, i napełniać łzami oczy kobiety.
Ludwik van Beethoven

 

 TEJ muzyce się udało. Udało jej się dokładnie to ze mną zrobić. I wcale nie chodzi o słowa. Dzisiaj pierwszy raz w życiu! płakałam, słysząc piosenkę.

 

 Niech mi to na ślubie zagrają :-) zamiast Marsza weselnego...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Dlaczego?

czwartek, 05 marca 2009 18:52

 Bo Merylin Mongoł zamieszkała w mojej głowie i sercu ponad dwa lata temu. Odkąd po raz pierwszy obejrzałam sztukę Kolady na Małej Scenie. Do dzisiaj nie potrafię złożyć sobie z powrotem mojego 'świata myśli i przeczuć'.

 A Kolada cierpliwie i spokojnie odpiera zarzuty krytyków: "Moje sztuki to żadna 'czernucha'. Nie ma tam czerni, jest dużo światła. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to jest jego problem, nie mój. Nie ma też wulgaryzmów, tylko piękny język rosyjski, a ten bywa różny. A że trafiają się jakieś 'brzydkie' słowa, powodem melodia zdania i nic więcej."

 A ja to światło widzę. Różne kąty jego padania. Problem w tym, że jest to inny rodzaj światła, niż ten, którym zwykliśmy rozjaśniać życiowe szarości. I z tym najtrudniej  się pogodzić. Ze światem, w którym nie rażą już wulgaryzmy, wręcz przeciwnie - ich użycie wydaje się usprawiedliwione, a nawet konieczne w określonych okolicznościach.

 Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że moje myślenie ukierunkuje się właśnie w ten sposób...

 Za to coraz częściej zastanawiam się, czy w moim wypadku teatr rzeczywiście spełnia funkcję katharsis, czy ja może trochę 'pokrzywiona' jestem w tym względzie..


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017